|
Wnuk Czarnookiej Lucy - cz. I
Przyszła ostatnia, mroźna sobota stycznia 2011 roku. Minęły praktycznie trzy lata, odkąd jeden z boksów w Stajni Nova zajmował Princeton. Kilka dni wcześniej zadzwonił do mnie trener i z wrodzoną, właściwą sobie subtelnością powiedział: - „Zabieraj konia. Przychodzą nowe i potrzebuję boks.”
Osoby, które znają trenera Kozłowskiego wiedzą, że była to delikatna sugestia, abym w końcu zabrał swojego konia. Trener Kozłowski jest znany z krótkich, prostych wypowiedzi. Niestety u nas jeszcze nic nie było gotowe na przyjęcie tak dużego, żywego inwentarza. Zima dała nam we znaki i mocno opóźniła realizację planów. Do garażu miałem go wstawić? Tylko gdzie on ma stacyjkę, żeby go chociaż na noc wyłączyć? Nie pozostało, więc nic innego, jak tylko zorganizować jakiś dom przejściowy dla naszego konia. Bo faktycznie, w tym momencie Princeton już tylko przeszkadzał w stajni. Rehabilitacja zakończona i nie powinien już dłużej przebywać na Służewcu. Potrzebował teraz padoków, przestrzeni i towarzystwa innych koni.
Tak właśnie rozpoczynał się kolejny rozdział w życiu Princetona. Miało to miejsce we wspomnianą, ostatnią sobotę stycznia 2011 roku. Czyli w dzień, kiedy Princeton opuszczał gościnną Stajnię Nova.
Princeton (foto. Nova)
Tego dnia, do stajni przyjechaliśmy bardzo późno. Cóż – praca, trzeba było jeszcze wypełnić inne obowiązki. Od razu nastąpił szybki załadunek, który zapowiadał się na długi i nerwowy oraz jeszcze szybszy odjazd. W zasadzie to chyba trener Mełnicki, który również podjął się transportu, wprowadził Princetona. Co doświadczenie - to doświadczenie. Powiedział nam, że był kiedyś taki koń, dobry zresztą, z którym jeździł na mitingi międzynarodowe. Ten koń nie chciał wchodzić do koniowozów, ale tyłem wchodził wszędzie. W każdym razie to chyba właśnie pan Mełnicki mówił, żeby go nie straszyć miotłą i nie ciągnąć na siłę. Trener Kozłowski przy tym nie uczestniczył. Zresztą nie przypominam sobie, by uczestniczył w jakimkolwiek załadunku, odchodzącego ze stajni konia. Nie lubi w tym barć udziału i tyle, a poza tym rozstania są przykre. No chyba, że sobie z koniem nie radzono, bądź jego obecność była z innych powodów konieczna.
Gdy drzwi koniowozu były zamykane, podeszliśmy do „trenerostwa”, a Kasia się zapytała: - „Czy Mełnicki wie jakim samochodem będziecie jechać?”. Nie wiedział, a w tym momencie już ruszał więc my w te pędy, nie oglądając się, ruszyliśmy za nim. Droga minęła bez problemów. Choć bez mapy, w nieznane miejsce - trafiliśmy bez żadnego kluczenia. Tylko raz przejechałem skrzyżowanie, ale jadąc przodem, nie chciałem gwałtownie hamować. Koniowóz skręcił prawidłowo, gdy zobaczył, że się zatrzymałem i z włączonym kierunkowskazem zacząłem machać ręką, pokazując gdzie należy jechać. Dojechaliśmy.
Właścicielki nie było, o czym byliśmy uprzedzeni. Z za zabudowań wyszedł pan Andrzej, który doskonale wiedział kim jesteśmy i co przywieźliśmy oraz wiedział co należy robić. Bez problemu wyprowadził Princetona z wozu i poprowadził w stronę stajni. Ogier głośnym rżeniem oznajmił swoje przybycie i nadrabiając miną, szedł dzielnie w nieznane. Szedł sprężyście i dziarsko, jak Bars w Sopocie przed swoim pierwszym wyścigiem, który zresztą wygrał. Tamtego widoku też nie zapomnę. Trener Mełnicki zamykał wóz. Spojrzał jeszcze raz za Princetonem, przez krótką chwilę patrzył w milczeniu z uwagą. - „Piękny koń. Szkoda, że miał kontuzję.” - Powiedział i odjechał.
Co mogę powiedzieć. Drugi trener i drugi znakomity dżokej, który wyraził taką opinię o tym koniu. Chyba mają dość doświadczenia by tak mówić? My poszliśmy za koniem. Princeton był spocony i zaraz pod stajnią został okryty derką. Był tylko spocony, a nie spieniony i z niego nie kapało. Był po prostu bardzo podekscytowany. Zatrzymaliśmy się przy stajni i jego nowym boksie. W tym momencie stało się to, co musiało w końcu kiedyś nastąpić. Otóż ktoś go musiał przytrzymać na lince i tym kimś zostałem ja.
Czyli pierwszy raz, to ja trzymałem swojego konia. Może to i dobrze. Może mnie nawet trochę pamiętał, bo stał prawie spokojnie i dawał się dotykać, głaskać, klepać i drapać. Posmakował też młodej jabłonki, którą ktoś posadził tuż przed stajnią. Chyba owocu z niej nie będzie. Ale kto sadzi młode drzewka trzy metry przed stajnią? Śmieszne jest to, że ten koń ma pięć lat, od czterech jest mój, przepraszam nasz, to znaczy mój i Iwony, a ja go pierwszy raz w życiu trzymałem na lince.
Po kilku minutach zaczął się uspokajać, marchewka na pewno przyśpieszyła ten proces, tak, że niedługo po tym wszedł do przygotowanego już boksu, choć wchodził znów tyłem. Skoro raz się lekko zaparł, nie był zmuszany ponownie. Iwona wtedy powiedziała, że do koniowozu wchodził tyłem, więc drugą próbę wprowadzenia wykonano tyłem. Pełen sukces przy minimalnym stresie. Żadnych nerwowych ruchów, zapierania czy wyrywania, niemal spokój. Koń w derce, w boksie z marchewką i sianem, czyli połowa za nami. Teraz nastąpiło oczekiwanie na Szefową. Iwona poszła do siodlarni się ogrzać, a ja zostałem w pobliżu konia i rozmawiałem z panem Andrzejem. Wiedział u kogo w treningu był Princeton. Wiedział, że jest koniem po kontuzjach. Narzekał na ludzi, którzy biorą sobie konie nie mając pojęcia o ich potrzebach i traktują je jak przedmioty. Ten człowiek pracuje tam gdzie pracuje i robi to robi - bo kocha konie.
Dość cenną wydaje się być jego uwaga, że od Kozłowskich przychodzą konie, z którymi jest najmniej kłopotów. Dzień, dwa i koń wyciszony, spokojny, prawie do użytkowania przez wszystkich. Czyli bardzo prawidłowo, bo zawsze w nowym miejscu koń będzie na początku trochę nerwowy. Uwaga o tyle cenna, że zapewne nie wiedział o przyjaznych relacjach, w jakich pozostajemy z trenerem i Kasią. Wymieniliśmy jeszcze jakieś uwagi, jednak w zasadzie to wszystko. Co innego mnie zaczęło zastanawiać, mianowicie kilkakrotnie słyszałem, że ten nasz koń jest taki duży. Zastanawiające. Nie wiem o co chodzi. Widziałem tam kilka innych koni, które nie wydawały się być mniejszymi. Nie ważne. W końcu faktycznie - mały nie jest.

Princeton (foto. Nova)
Przyjechała Szefowa. Od razu przyszła do stajni zobaczyć nowego pensjonariusza. Pierwsze spojrzenie, pierwsze wrażenie. - „Piękny jesteś”. - Powiedziała do konia. Na mnie nie zrobiło to większego wrażenia, pewnie wszystkim właścicielom koni to mówi, ale ten ogier zaczął się przymilać. Dotykał chrapami jej twarzy, wargami łapał lekko za włosy. Lizus jeden. Ale przynajmniej wiedział, komu się przypodobać.
Gospodyni zaprosiła nas do siebie i poczęstowała kawą. Tym razem osobiście, nie przez telefon, potwierdziliśmy wcześniejsze uzgodnienia, odpowiedzieliśmy na kilka pytań dotyczących zdrowia i historii leczenia. Rozmowę przeplatały inne wątki zwierzęce, typu psy, króliki i koty. Wysłuchaliśmy sugestii o wywałaszeniu konia i zaletach takiego posunięcia. Jednak nie było to narzucane. Została nam przedstawiona również druga opcja, mianowicie zgłoszenia go do Księgi Stadnej. Mimo, że w półkrwi kryć nie może, to może jednak znajdzie się ktoś z folblutką. Prowadzi punkt kopulacyjny, więc chyba ma rozeznanie, jakie ogiery są zgłoszone do księgi stadnej.
Gdy wszystko było już jasne. Zgodnie ze swoją zasadą, Właścicielka ośrodka chciała puścić nowego konia na padok, aby przyśpieszyć jego aklimatyzację. Wyszliśmy z domu. Najpierw poszliśmy w stronę padoku skąd został zabrany siwy arabski ogier i jego wybranka. Padok na planie mniej więcej kwadratu o boku, jak mi się wydaje, około 50 metrów, w którego jednym rogu był wygrodzony lążownik. Wróciliśmy do stajni. Princeton stał spokojnie w boksie, ciekawie wyglądając przez okno, chłonął nowe widoki, zapachy i dźwięki. Uwagę jego przyciągały ptaki różnej wielkości i barwy na stercie gnojownika, konie na padokach oraz koty i psy kręcące się po okolicy. Wszystko było nowe i takie intrygujące. W otwartym boksie obok, zaskoczył nas widok kucyka, który stał spokojnie obok nowego przybysza. Zaskakujący i pocieszny był widok, tego spokojnego, kosmatego, małego konika, obok naszego dużego, podekscytowanego ogiera.
Pan Andrzej zdjął derkę z Princetona i wyprowadził go z boksu. Zaczął go prowadzić w stronę padoku, my szliśmy za nimi. Gdy nagle, nie wiadomo skąd, nadbiegł inny młody ogier. Chyba około dwuletni. Nie udało nam się go zatrzymać. Nastała pełna napięcia chwila niepewności. Co się stanie, gdy te ogiery się spotkają? Ale skończyło się na strachu. Uf! Młody, gdy zbliżył się do Princetona na jedną długość (tak to określę), zatrzymał się, zastanowił się i ... I sam się wycofał bez problemów. W tym wszystkim uczestniczył Alfik, czyli kucyk z sąsiedniego boksu, który wyszedł za Princetonem i szedł za nim, cały czas zachowując całkowity spokój, jakby wiedział, że i tak nic się nie stanie.
Doszliśmy do padoku. Alfik pierwszy pewnie minął ogrodzenie, za nim śmiało Princeton, choć jeszcze na lince. Zachowywał się prawie spokojnie. Dopiero puszczony z linki - ruszył.
Ale jak ruszył!
Energia, z jaką zaczął się poruszać wprawiła nas wszystkich w osłupienie i niepokój. Szczególnie, że biegał, skakał, strzelał z zadu po grudzie i zmarzlinie. Tak na prawdę to wszyscy zamarliśmy w niepokoju, że coś sobie zrobi, że się potknie lub pośliźnie i całe leczenie i rehabilitacja zdadzą się na nic. Tylko Alfik stał na środku ze stoickim spokojem przyglądając się temu co robi ten Nowy. Ze dwa razy tylne kopyta Princetona śmignęły obok Alfika. Początkowo wszyscy sądzili, że nasz ogier chce zaatakować małego, ale ten wciąż stał nieporuszony. Po chwili pan Andrzej stwierdził, że Alfik to stary cwaniak i z niejednym dał już sobie radę. Było to ciekawe o tyle, że wyglądał tak, że mógłby przejść od brzuchem Princetona bez schylania się. Mimo pozorów, to jednak raczej nie były ataki, tylko strzały na wiwat.
Princeton na tym padoku biegał, skakał, wierzgał, jednak gdy w końcu, wraz z nim zaczęliśmy się powoli uspokajać, to zaczęło do nas też docierać, że to tylko emocje znajdują ujście. Ten bieg, choć wydawał się szalony, nie był paniczną ucieczką. Ten koń biegał w różnych kierunkach, robił uniki, ale nie robił panicznej, szalonej galopady wokół padoku. Choć wstępnie zacząłem się obawiać, czy nie przeskoczy ogrodzenia i nie poleci gdzieś hen, to po chwili i ta obawa minęła. Choć byłby w stanie to zrobić, co też zademonstrował. Pan Andrzej obawiał się, czy nie będzie napierał na ogrodzenie. Jednak on nawet nie dotknął desek.
Mimo przejmującego, zimnego wiatru, staliśmy wpatrzeni w ten jeden padok, bo to co na tym padoku się działo, musiało skupiać na sobie uwagę wszystkich, choć już nieco spokojniejszy, to jednak wciąż na tym padoku był jedną energią. Stanowił niesamowity widok na tle pokrytych śniegiem traw. Gdy minął już pierwszy niepokój powiedziałem do Princetona, żeby się uspokoił, bo inaczej, to pojedzie z powrotem i będzie się ścigał.
Trzy ideały piękna według Balzaka? Ja znam taką wersję:
Kobieta w tańcu.
Pełnej krwi rumak na wolności.
Fregata pod pełnymi żaglami.
Rumak właśnie pełnej krwi! Cóż mogę powiedzieć? Właśnie w tą pochmurną, mroźną i wietrzną sobotę widziałem jeden z ideałów piękna! Wiem. Trudno mnie posądzać o obiektywizm, ale ... Ale dlaczego Iwona zaczęła w pewnym momencie mówić do Właścicielki ośrodka, że: „ ... jego syn ... wystartować ... Łuk Tryumfalny ...”.

Princeton (foto.Nova)
Przez wiatr tylko taki strzępek rozmowy do mnie dotarł. Nawet później nie dopytywałem o czym rozmawiały. Dlaczego przybycie nowych osób zostało zauważone dopiero w chwili gdy dziecko zaczęło krzyczeć - „Kucyku przyjdź do mnie!”. A kobieta która przyjechała z tym dzieckiem stała obok nas wpatrzona w padok, chociaż przyjechała przecież do swoich ukochanych koni. Alfik na wołanie dziecka zareagował dopiero przy dźwięku szelestu torby, z której dziecko wyjmowało smakołyki i nieśpiesznie zbliżył się do ogrodzenia. Nowy przestał go interesować. Zachowywał się tak, jakby chciał nam powiedzieć - „Wiedziałem, że nic mu nie będzie” - i zajął się suchą bułeczką podaną przez dziecko.
Nowo przybyła pani chciała wiedzieć co to za koń, który tak zaprząta uwagę wszystkich. Wyraziła też niepokój czy się nie podbije. Ale co mogliśmy w tym momencie zrobić? Alfik, po wyjęciu tylko jednej, najniższej dechy, wyszedł z padoku za suchą bułką i małym dzieckiem. Nowo przybyła pani poszła do swoich koni. Chyba jednak słusznie wolała, żeby jej dziecko było dalej od samotnego już na padoku ogiera. My nadal staliśmy zauroczeni. Przynajmniej ja. Co za ruch!
W galopie wydawał się ledwo muskać ziemię, w kłusie jakby niechcący trącał ją kopytami. Gdy szedł stępa, to tak płynnie i pewnie, jakby specjalnie dla niego wyrównali ziemię. Każdy jego ruch był płynny, pewny i pełen elegancji. Patrząc na niego człowiek zapominał, że na padoku jest zamarznięta gruda i miejscami lód, tam gdzie wcześniej były kałuże. Właścicielka chyba jeszcze raz wspomniała coś o Księgach Stadnych i o tym, że prowadzi punkt kopulacyjny. Sama zaś zajmuje się hodowlą arabów. Czyżby też była pod wrażeniem?
Wiem, że ja nie jestem obiektywny. Jednak przez lata widziałem już kilka koni. Miłośnicy wyścigów wiedzą, że określenie „kilka” - dotyczy kilku tysięcy. Widziałem - to przecież raczej mało precyzyjne sformułowanie. Ja się tym koniom przyglądałem. Widziałem jak ruszają się pobudzone i podekscytowane. Widziałem je, gdy były zmęczone. Patrzyłem również na nie, gdy były spokojne i wypoczęte. Widziałem je w różnych fazach ruchu. Patrzyłem na nie na olbrzymich padokach, w ciemnawych stajenkach oraz na wyścigach podczas gonitw i treningów. Widziałem ogiery stanowe włącznie z Winds of Light prowadzonym właśnie do klaczy. Obiektywny nie jestem.
Princeton, gdy odjeżdżał ze stajni, wyglądał jak pączek w maśle. Wyglądał wyśmienicie. Doskonale utrzymany koń w bardzo dobrej kondycji. Ja jednak mam co innego na myśli. Nie tylko o jego wygląd mi chodzi, a o całokształt. O jego wygląd, ruch, zachowanie. Dla mnie - on jest wspaniały!
To przecież właśnie dzięki Wam, czyli Stajni Nova, jest tak pięknie wyprowadzona noga po złamaniu. Dopiero, gdy stał to było widać, że oszczędza lewą nogę. Starał się na niej nie opierać. Jednak w ruchu tego nie było widać. Ruszał się swobodnie. Może to stanie tylko na prawej nodze jest nawykowe? A może mi się to tylko wydawało? W czasie całego tego szaleństwa, być może tylko raz czy dwa, lekko się potknął lub pośliznął, ale w sposób nawet nie sugerujący ewentualności upadku. Mimo nowych warunków, w nieznanym miejscu, jego ruchy były pewne i swobodne. Nie jestem obiektywny, bo to mój koń.

Princeton (foto. Bogush)
Dopiero wieczorem przypomniało mi się co po operacji, o Princetonie powiedział doktor J.Samsel. Wyraził opinię, że noga tego konia będzie pozwalała mu w miarę normalnie funkcjonować. Nie było mowy o galopach, skokach i tym podobnych fanaberiach. Bardzo prawdopodobnym było też, że Princeton będzie utykał. Miał się nadawać już tylko do strzyżenia trawy. Hm ... Co mogę powiedzieć?
Dziękuję Panie doktorze. Naprawdę świetna robota. Trzeba go było zobaczyć na tym padoku, to by Pan też się cieszył. Przecież to było wieloodłamowe złamanie. W trakcie sezonu, na pewno odwiedzimy szpital i przekażemy osobiście podziękowania od Princetona.
W ten sposób chcę również przekazać podziękowania całej ekipie stajni Nova, bo na pewno każdy miał swój, choćby minimalny wkład w końcowy efekt.
Princetona padok powiększa się już z tygodnia na tydzień tak, że będzie nie mniejszy niż ten na którym Princeton wykonywał swój taniec wolności. Dłuższe spacery będzie zaś odbywał po leśnych duktach, lub łąkach po horyzont, dla relaksu mocząc nogi w nurtach rzeczki.
Bogusław Stasiak. |