Napisz do nas!




Wnuk Czarnookiej Lucy - część druga Facebook
niedziela, 24 kwietnia 2011 19:49

Princeton opuścił boks w Stajni Nova. W tej chwili, zabawy z kolegami na padoku przerywa, by jak najlepiej zaprezentować się przedstawicielkom płci przeciwnej.

W założeniu, w takim momencie, który musiał w końcu nastąpić, chciałem napisać proste, krótkie podziękowanie i poprosić Kasię o jego zamieszczenie na stronie. Zamiar taki kiełkował we mnie od roku. Jednak, gdy usiadłem do klawiatury, pomyślałem komu i za co mam podziękować - to wyszło z tego prawie małe opowiadanie. Bo podziękować to jedno, jednak czy odbiorca pamięta za co mu się dziękuje - to drugie. Zwłaszcza, że od pewnych wydarzeń minęło już dużo czasu i niektórzy mogą nawet nie pamiętać o Princetonie. Koniu, który dostarczył wielu osobom zarówno dużo radości, jak i smutku. Ukazał bezinteresowność i profesjonalizm wielu osób. Miał też szczęście, że trafił na dobrych ludzi, którzy wiedzieli co robią. Koń, o którym wciąż kilka osób pamięta i dopytuje się o niego.

 

                  

                                                                            Princeton (foto. Nova)

 

Zapewne inni w tym momencie, zadają pytanie o czym mowa? O co ten krzyk? Princeton? Co to za koń i dlaczego wymaga aż pisemnych podziękowań? Kolejny nawiedzony właściciel? Być może.

Mało kto o nim słyszał i nie ma w tym nic dziwnego. W dodatku słowa o „Łuku” przywołały wspomnienia. Dlatego w skrócie:

 

Gniady ogier Princeton (POL) - 2006 (Be My Chief - Pandi / Alywar)

W treningu wyścigowym u trenera Kozłowskiego był w latach 2008 - 2009.

W 2010 przechodził rehabilitację również w stajni J.Kozłowskiego.

 

Łatwo jest pisać o koniach sławnych, które wygrywały wielkie gonitwy i przyciągały uwagę tłumów. Dużo trudniej jest napisać o koniu, który nawet nie wyszedł do startu i najprawdopodobniej nie wyjdzie. Piszę specjalnie najprawdopodobniej, bo dziś jego starty nie są w ogóle brane pod uwagę. Jednak jak historia i życie uczą - nigdy nie mów nigdy. Ten koń już kilkakrotnie wielu pozytywnie zaskoczył. Życzliwość, z jaką się spotkaliśmy ze strony tak wielu osób, śpieszących z pomocą, radami lub po prostu dobrym słowem, skłoniła mnie do napisania kilku słów o tym mało znanym koniu, aby choć w ten sposób przybliżyć jego sylwetkę szerszemu gronu. Ci, którzy poznali tego konia osobiście wiedzą dobrze, że budził ogromne nadzieje. Jego budowa i ekonomia ruchu przyciągały uwagę. On nawet w karuzeli chodził najbliżej środka, wydeptując swoją własną, krótszą ścieżkę. Jednak na robocie nie odpuszczał. Musiał dotrzymać kroku każdemu koniowi z którym biegł - a feralnego dnia biegł z zaprawionym w wyścigach, dzielnym Zacharym.

Jego historia, jeszcze się nie skończyła, być może dopiero zaczyna nabierać tempa, wiadomo tylko kiedy dokładnie się zaczęła. Urodził się 5 lutego 2006 roku i źrebięcy czas spędził na rodzinnych padokach. Wtedy ani ja o nim nie miałem pojęcia, ani on nie wiedział co go czeka.

W roku 2008, gdy jeszcze zima była za oknem, nasz syn zaskakująco zadał mi proste pytanie: - „Kiedy w końcu weźmiecie jakiegoś konia?”

Może powiedział to w formie żartu, jednak przez nas zostało to potraktowane poważnie. Po krótkim zastanowieniu, wyszło na to, że po kilku latach bywania na wyścigach, doszliśmy do momentu, w którym taką decyzję możemy podjąć. Jeszcze jednak nie do końca przekonani, chcieliśmy jakiegoś konia wydzierżawić, najchętniej w części, nie w pełnych 100 procentach. Podczas kolejnej wizyty w stajni zapytałem trenera o możliwość dzierżawy konia. Skierował mnie do jednego z hodowców i za razem właścicieli, mówiąc, że on ma konie, które chętnie odda w dzierżawę.

 

                  

                                               Mały Princeton z mamą na padoku (foto. Nova)

 

Jak sobie przypominam to wtedy ...

To chyba wtedy Kasia powiedziała: - „Weź Princetona”. Trener studził zapały: - „Przecież nawet ty go nie widziałaś. A jak jest koślawy? Trzeba zobaczyć”. W tym momencie, jaki koń zostanie wydzierżawiony, pozostawało kwestią otwartą, a my sami nie mieliśmy żadnych preferencji. Do tego stopnia, że nawet nie interesowałem się tym, co to za koń, ten Princeton. Mając nadzieję na współ dzierżawę, skontaktowałem się ze znanym mi hodowcą i właścicielem. Po krótkiej rozmowie, przedstawił mi propozycję. Oferta jego dotyczyła tylko wyłącznie jednego konia. Dwuletniego ogiera, właśnie - Princetona. Dlaczego właśnie jego? Do dziś nie wiem. Jednak nie chciał się zgodzić na układ współwłasności.

W tym momencie nie miałem już wyjścia, bo sam nie wiem dlaczego, nie chciałem szukać innych rozwiązań. Był tylko jeden warunek, który uzgodniliśmy. Mianowicie do podpisania umowy dojdzie gdy konia obejrzę, gdyż nie było go jeszcze w stajni. Była to furtka, gdybym chciał się wycofać, gdyby koń mi się nie spodobał, miał krzywe nogi, lub z jakiegoś innego powodu. Ci, którzy mnie znają, zapewne teraz się śmieją. Przecież dla mnie koń - to taki duży pies, tylko trawą karmiony.

Koń dotarł do stajni w lutym 2008 roku, prosto ze stadniny. Okazał się koniem dość rosłym, poprawnie zbudowanym, jednak o jego predyspozycjach i możliwościach,  podobnie jak u wszystkich innych młodych koni, nikt nie potrafił czegokolwiek powiedzieć. Zlękniony, ze zmierzwioną sierścią, nie chciał początkowo ufać ludziom. Szczególnie nie lubił gdy ktoś dotykał jego szyi.

Wtedy też zrobiłem mu pierwsze zdjęcia telefonem komórkowym. Lepszej jakości wykonał tego dnia, spotkany w stajni znajomy fotograf, zastrzegając od razu, że jakość będzie marna z uwagi na oświetlenie. Jednak nie o jakość tego dnia chodziło, a jedynie o sam fakt uwiecznienia ogierka. Ponieważ byłem sam, chciałem choćby na zdjęciach pokazać w domu, jak ten zwierz wygląda.

Trener powiedział: - „Jest zdrowy i prosty. Jak chcesz - to go bierz, resztę się zobaczy”. Zaznaczył tylko, że skoro późno przyszedł do stajni, to jeżeli zadebiutuje, to dopiero na jesieni.

I stało się. W kwietniu podpisaliśmy umowę dzierżawy z opcją pierwokupu. Już wtedy zakładając, że możemy w którymś momencie poczuć się zbyt związani z nim, żeby spokojnie przeżyć ewentualne rozstanie z tym koniem. To chyba taka przypadłość ludzi, którzy mają swojego pierwszego w życiu konia. W tym momencie jego kariera wyścigowa, zupełnie nie miała dla nas znaczenia. On po prostu, w którymś momencie miał być nasz.

Niestety z powodu kontuzji, nie wyszedł do startu dwulatkiem. Kontuzja była na tyle poważna, że jego debiut został przesunięty na jesień następnego roku.

 

                 

                                                                          Princeton (foto. Nova)

 

Rok później, po Derby 2009, korzystając z przerwy w sezonie i wakacji, miałem napisać coś w rodzaju skromnego podsumowania derbowej gonitwy, jak również dotychczasowej części sezonu, ze szczególnym uwzględnieniem występów Stajni Nova. Jednak wydarzenia, które nastąpiły nie pozwoliły na skoncentrowanie się na tych założeniach.

Pierwszy, urlopowy piątek po Derby, był dniem wyjątkowo pechowym. Najpierw, jeszcze w nocy, wyczerpała się bateria w telefonie. Dobrze, że tego dnia i tak planowaliśmy jednodniowy powrót do cywilizacji. Gdy przed południem, telefon dostał trochę prądu, dopadła nas wiadomość: - „Princeton miał wypadek, doznał złamania nogi podczas treningu”.

Wypadek był tak poważny, że musieliśmy, w dodatku bardzo szybko, podjąć decyzję czy konia leczyć, czy raczej należy go uśpić. Przy czym opcja uśpienia była wypowiadana jako pierwsza, niczym cicha sugestia. Potrzebowaliśmy kilku minut.

Jak burza przez nasze głowy przeleciały wspomnienia, myśli, marzenia, nadzieje, jak również radości. Co ciekawe myśli związane z tym koniem, nie wiązały się z wyrzeczeniami, obciążeniami i przykrościami. Doszliśmy do wniosku, że uśpienie go, gdy taka konieczność wystąpi, zawsze można wykonać. Jednak to na pewno jest działanie ostateczne, nieodwracalne i nie teraz.

Pozostało jedynie ustalić - gdzie będzie mógł przebywać przez okres leczenia i rehabilitacji. Gdy usłyszeliśmy, że bardzo chętnie będzie dalej widziany w swoim boksie - to nie było już żadnych wątpliwości. - „Panie doktorze. Proszę zrobić wszystko, by mógł dalej żyć”.

 

Po tym nastąpiło nerwowe oczekiwanie na wiadomość. W końcu po kilku godzinach jest.

- „Udało się! Podniósł się! Wszystko w porządku”.

Pan doktor nie krył satysfakcji po udanym zabiegu. Ulga. Niewypowiedziana ulga. Choć wiedzieliśmy, że to dopiero pierwszy krok. Wiedzieliśmy, że jeszcze długo będzie trwała niepewność. Nadal każdy nierozważny ruch, mógł wszystko zepsuć. Przez kolejny tydzień powracało pytanie - czy dobrze zrobiliśmy? Czy nie będzie cierpiał? Cały tydzień przypominały się wszelkie szczegóły z jego jeszcze krótkiego życia i przypadki z nim związane. Mi, z tamtych dni, w pamięci pozostał obraz trenera, stojącego w boksie i patrzącego na Princetona z nogą w gipsie. W pewnym momencie trener cicho, jakby do siebie powiedział: - „Ja bym go nie uśpił”.

Do dziś nie wiem, czy on wie, że ja to słyszałem, czy w ogóle wiedział, że ja za nim stoję.

Dla wielu, historia tego konia mogłaby się skończyć. Przy odrobinie szczęścia mógłby u kogoś przebywać na prawach wolnobieżnej kosiarki do trawy. Jednak ... Jednak zbyt wiele osób chciało dla niego czegoś więcej. Dlaczego? Żeby to zrozumieć, to trzeba poznać tego konia.

 

I nowa fala wspomnień.

Princeton do stajni trafił na początku 2008 roku prosto z padoków, jako jeszcze nie rozwinięty do końca, spłoszony, młody koń. Jeszcze w tym samym roku stał się naszą wielką nadzieją oraz nadzieją hodowców, trenera i całej stajni. Wraz z jego rozwojem, wzrastało zainteresowanie nim. Z nieufnego młodzika przeistaczał się w chętnego do pracy, rosłego, silnego, ambitnego konia. Wszyscy nas przekonywali żeby się nie śpieszyć, że jego celem nie są sukcesy dwulatków. My ze swej strony przekonywaliśmy, że to wiemy, a kwestie treningowe i zapisów - są w gestii trenera. Tak ... W stajni, po robocie, gdy rozmowy zaczynały dotyczyć Princetona, to od razu wszyscy się uśmiechali i stawali się bardziej rozmowni. Nieśmiało też zaczęły pojawiać się w rozmowach nawet pomysły o jakichś zagranicznych wyścigach. Zaś w żartach mówiono nam nawet: - „To od razu na Łuk Tryumfalny go piszcie”.

Wtedy trener lekko się uśmiechał, spoglądał z satysfakcją na Princetona i dając upust swej „gadatliwości” mówił: - „Zobaczymy”. Zaś Victor dodawał - „Dlaczego nie, nie mam nic przeciw”.

Łuk Tryumfalny? Czemu nie? Można sobie zrobić fajną wycieczkę do Paryża. Przecież trzeba mierzyć wysoko, stawiać sobie ambitne cele. Ale spokojnie. To były żarty. Choć jest osoba, która wtedy powiedziała poważnie: - „On? Nie. Ale jego syn pojedzie na Łuk”.

Dziwne. Wypowiedziane to było z taką powagą i przekonaniem, że nie wiem, co o tym sądzić. Jednak to był taki przelotny epizod, który prawie natychmiast został zapomniany. Przypomniał się dużo później, w dość zaskakujących okolicznościach. Pewnej mroźnej, ostatniej soboty stycznia 2011 roku. Można powiedzieć, że Princeton został najdroższym koniem w stajni. Najwięcej kosztował, pomijając nas właścicieli, stajennego dżokeja, gdyż w wieku dwóch lat, gdy wychodził na robotę, ten spokojny, grzeczny koń, gdy tylko zobaczył tor to robił: Bryk, a dżokej - Fik. Odbywało się to na zasadzie: - „O! Tor! Będziemy biegać! Heja ! Będzie zabawa!” Nie robił tego złośliwie, nie uciekał. To tylko rozpierająca go energia musiała już natychmiast, choć w części znaleźć ujście.

Niestety. W sierpniu 2008 roku, gdy był już dość blisko debiutu, miał pierwszy wypadek. Pęknięcie kości pęcinowej. Mogło samo się zrosnąć, jednak skumulowana w nim energia i siła spowodowały, że pęknięta kość, pomimo opatrunku, zaczęła się rozchodzić. Konieczna była operacja i założenie śrub. Wtedy również musieliśmy szybko podjąć decyzję. Jakże łatwiejszą.

O ironio. Wtedy to był sierpień - też byliśmy na urlopie. Chyba nie będzie więcej wakacji. A przynajmniej bez niego.

Tamten wypadek to odległa przeszłość. W zimie 2008-2009, Princeton zaczął wychodzić z boksu, a pierwsze spacery odbywał ze swoim dżokejem i przyjacielem - Victorem.

W lipcu 2009, choć zdawało się, że przez tydzień, dzięki rozmowom telefonicznym, wiemy wszystko o feralnym piątku, to jednak relacja bezpośrednia spowodowała, że znów zrobiło się miękko na sercu i trzeba było szybciej mrugać powiekami.

Po wypadku i zatrzymaniu, wezwano koniowóz, żeby go przewieźć do szpitala. Niestety nie chciał do niego wejść. Podjechał drugi - niżej zawieszony. Niestety do niego też nie dał się wprowadzić. Wspinał się, walczył, jakby się bał, że może to być podróż w jedną stronę. Podjęto trudną decyzję, że do szpitala, niestety, będzie musiał dojść sam. Prowadzony przez pracownika stajni, powoli, z rozwagą by nie dotknąć połamaną nogą ziemi, dzielnie doszedł z toru roboczego do szpitala. Ta jego wola życia i wytrwałość, musiały wywołać uznanie.

 

                

                                           Princeton z opatrunkiem na nodze (foto. Bogush)

 

Z kolei, gdy przyszedł czas powrotu ze szpitala do stajni, zaskoczył wszystkich. Do koniowozu wszedł bez najmniejszych problemów. Tak po prostu, jakby to była zamówiona taksówka.

Dość rzadko spotyka się konie tak szybko zjednujące sobie ludzi. Każda wizyta w stajni powiększała grono jego miłośników. Amatorki nie mogły się nachwalić jak jest wygodnym do jazdy i miłym w obsłudze koniem. Ten ulubieniec amatorek i miłośnik kobyłek, został nawet nazwany „Buntownikiem z poczuciem humoru”. Nawet w szpitalu wszyscy go rozpoznawali i bardzo chętnie, ze szczegółami, opowiadali nam o nim.

 

Pomimo cierpień, spowodowanych złamaniem obu przednich nóg, wciąż charakteryzuje go zaufanie do ludzi. Mimo dwukrotnych kontuzji, wciąż widać było drzemiącą w nim energię. Nawet, gdy minęło niewiele dni od wypadku, to nie widać było po nim apatii. Znów miał błyszczące oko i interesowało go wszystko, co się działo wokół oraz szybko wrócił mu apetyt. Wciąż był koniem łatwym w obsłudze, chętnym do pracy i bardzo ambitnym. Choć w tym momencie o pracy raczej nie było mowy. Jednak on chciał współpracować z ludźmi. Czy może to dziwić, skoro jest wnukiem Black Eyed Lucy (Czarnookiej Lucy), matki Alywara, a w jego rodowodzie znajduje się wiele sław światowego i polskiego turfu? Zwycięzców największych gonitw na całym świecie.

Ten gniadosz jest w końcu potomkiem urodzonych zwycięzców. Jak Native Dancer, który zyskał przydomek Szarego Ducha i który na 22 starty wygrał 21 wyścigów. Koni szybkich jak wiatr. Które jak Secretatriat ścigały się same ze sobą. Jest potomkiem prawdziwych wojowników, jak Alydar, którego pojedynki, ze wspaniałym Affirmedem, przyciągały tłumy widzów. Jest też w nim krew prawdziwych twardzieli, które jak Łeb w Łeb, po ciężkich kontuzjach wracały na tor, by odnosić kolejne, spektakularne sukcesy.

 

                 

                                                Princeton z przyjacielem Alfikiem (foto. Nexia)

 

Na dzień dzisiejszy nikt już nie ma wątpliwości, że podjęliśmy słuszną decyzję. Dziś wszyscy potwierdzają, że zrobiliśmy dobrze, nie biorąc pod uwagę opcji usypiania go. Dziś wszyscy są przekonani, że z tego konia będzie pożytek. Może chodzi o powiedzenie: „Zadbaj o konia, to koń zadba o ciebie”. Choć do końca nie wiadomo, jak ten pożytek może się przejawiać. Na dzień dzisiejszy można też powiedzieć, że się nie zmienił. Jest nadal taki sam, jak opisała go Dilajla w notatce zatytułowanej „Służewiec w moich oczach”.

__________________________

Dlatego w tym miejscu chcemy podziękować wszystkim, którzy z taką troską zajęli się nim.

Trenerom i całej ekipie stajennej.

Szczególne słowa uznania należą się lekarzom i pracownikom szpitala. Za bardzo szybkie i bardzo profesjonalne podejście do problemu.

Dziękujemy też wszystkim, od których usłyszeliśmy tak wiele dobrych słów dodających nam otuchy, lub chociażby tylko za samo okazanie zainteresowania.

Czy można coś jeszcze dodać?

W roku 2008 na torze roboczym doszło do prawdziwie czarnej serii złamań nóg. Podobno dotknęło to też San Moritza. W roku następnym, w trzy dni po wypadku Princetona, inny koń w tym samym miejscu co on, też złamał nogę.

 Aha. Jeszcze jedno:

Już niedługo, Princeton pojedzie tam, gdzie na niego czekają - powstające jego padoki.

I to, że doczekał się już sporego, własnego albumu ze zdjęciami. Nie tylko rentgenowskimi.  

 

 

Bogusław Stasiak.

 

 

Komentarze 

 
#2 Stajnia Nova 2011-05-17 20:46
Według informacji właścicieli jabłka są nadal smakołykiem Princetona, a usługi fryzjerskie poszerza o depilacje, którą doskonali z kolegami na padoku.
Serdeczne pozdrowienia Dilajla.
Zapraszamy ponownie do stajni.
Cytować
 
 
#1 Dilajla 2011-04-28 03:18
Super. Ciesze sie, ze moglam poznac losy Princetona. I ze nadal jest zbuntowany i chetny do zabawy. To najczulszy i najprzyjazniejs zy kon swiata. Prosze go poklepac ode mnie po szyi i KONIECZNIE dac mu jabluszko. On lubi jablka. Pamietam, ze byl dobry w proszeniu o zakazany owoc. Nawet inteligentnie wybieral odpowiedni moment, kiedy jego trener akurat byl zajety (to nie ja, to on wybieral taki moment). Pozdrawiam
Aha, fryzjerkie zdolnosci chyba tez zachowal?
Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

 

Losowe zdjęcie

Liczba gości:
DzisiajDzisiaj48
W tym tygodniuW tym tygodniu476
W tym miesiącuW tym miesiącu3723
WszyscyWszyscy70252
US
US